Posts Tagged ‘banita’


Wokół profesji Banity zagotowało się, aż miło. Pod wpisem aktualnie znajduje się 29 komentarzy. Ponieważ boję się, że jeden z nich – szczególnie ciekawy – mógłby utonąć w gorącej debacie, pozwalam sobie przekleić go jako osobny wpis. Autorem komentarza jest Michał Pępek.

Banita nie jest profesją?
Osobiście patrzę na profesję jako na pewien archetyp postaci, którym rzeczywiście najczęściej jest wykonywany przezeń zawód, jednak nie zawsze. Profesja to coś, czym zajmujesz się na co dzień, Twoja rutyna, pole, w którym najpełniej się realizujesz.

Czy poszukiwany emisariusz nie jest banitą? Czy skazany żołnierz nie zasługuje na to miano? Wg mnie są banitami, ale nie Banitami z profesji. Już wyjaśniam – jeśli patrzeć na profesję jako synonim zawodu to nawet podręcznikowe propozycje nie trzymają się kupy. Czy agaryjski oficer po złożeniu ślubów zakonnych jest mnichem? Tak – mnichem, ale nie Mnichem z profesji, wciąż pozostaje Oficerem. Można długo wyliczać analogie – czy artysta nie może być Hulaką? Czy żołnierz nie może być Sługą? Czy duchowny nie może pozostać dyplomatycznym Emisariuszem?

Banita to archetyp dla ludzi, których codziennością jest życie wygnańca. To bardańscy partyzanci, to kordyjscy przeciwnicy cesarza, to nie podzielający religijnego fanatyzmu heretycy z Kary. To także wszelkie ofiary spisków, niewygodni ludzie odarci z dawnej sławy, winni bądź niewinni skazańcy. Mogą mieć przeróżne tytuły, tak kościelne jak szlacheckie czy wojskowe, ale polem, w którym się realizują nie jest wojna, dwór ani ambona. Ich polem jest szeroko pojęty świat poza tym wszystkim. I właśnie realizacja na tym polu według mnie przesądza o przynależności do profesji Banita.

Banita jest nie-monastyrowy?
Czy bycie banitą jest poza kanonem Monastyru? Przecież motyw szlachetnego łotra to jeden ze sztandarowych romantycznych motywów (a na romantyzmie Monastyr stoi)! Mam nadzieję, że nie zrozumieliście banity jako zwyczajnego typa spod ciemnej gwiazdy. To nie łotrzyk z D&D, nie hiena cmentarna czy inny szczurołap. Panowie, wciąż mówimy o szlachcicach…

Po pierwsze, nikt tu nie myśli o zbirach i złoczyńcach. Przypomnijcie sobie, że gramy postaciami po upadku, wstającymi z kolan, postaciami, które popełniły błędy. Niektóre z nich kończą się wyrokiem, to jedna z podręcznikowo opisanych tajemnic. Każda postać ma jakąś skazę. Szlachetny zbrodniarz to dla mnie jeden z najbardziej typowych monastyrowych konwencji.

Zresztą, jest też druga opcja. Banicja może nie być skutkiem słabości, a wręcz przeciwnie – wytrwałości. Postaci Monastyru odstają od świata w którym żyją. Są niewygodni dla im współczesnych, nie przystają do obecnych warunków. A zmieniający się świat próbuje się przed nimi bronić – gramy również postaciami niezrozumianymi, odtrąconymi przez swoje ideały. Nie widzę powodu, dla którego szlachetny rycerz miałby nie podać ręki skazańcowi, gdy jego zbrodnią nie było morderstwo z zimną krwią, a opór przed zmieniającym się porządkiem, obrona swych wartości, które nie zawsze pozostają w zgodzie z obowiązującym prawem. Tak, widzę od groma monastyrowych postaci wpisujących się w ten opis, zdaje się, że nawet samo Przebudzenie o nich wspomina.

Po drugie, według mnie Przebudzenie to drogowskaz, nie ogrodzenie. Jeśli traktować je jako granice Monastyrowych postaci, to połowa materiału w podręczniku jest do wywalenia i pozostaje nam tworzenie jedynie doryjskich rycerzy. Mamy wszak wymuskanych i sprawnie lawirujących w słowach Cynazyjczyków, ponurych Ragadańczyków o okrutnym spojrzeniu, mamy nordyjskich panów, posyłających podbitych Bardńczyków do głębokich kopalń, mamy możliwość gry czarodziejem, mamy opcję młodego człowieka. Wszyscy z pozoru nie pasują do Przebudzenia, ale odpowiednio przygotowani mają w sobie coś, co pozwala im nie wybić się z kanonu. Z pozoru złe postacie mogą pozostać szlachetne. Ba, twierdzę, że takie są najciekawsze.